Co się stało i dlaczego kobieta wyszła na spacer ze swoim zwierzakiem i nie wróciła do domu?

Niedawno wzięłam tydzień wolnego od pracy, o czym marzyłam od bardzo dawna. Ale już pierwszego wieczoru pokłóciliśmy się z mężem, bo nie mogliśmy się zdecydować, kto ma iść z psem na spacer.

Daniel nigdy nie miał szczególnej słabości do zwierząt i bardzo rzadko chodził z Mirą. Poprosiłam go, aby zrobił mi tę przysługę i wyprowadził psa, bo już zdążyłam się wykąpać i bardzo chciałam po prostu odpocząć, ale mąż postawił sprawę jasno: „Twój pies to ty idź!”

W końcu poszłam. Płakałam, owijając się zbyt lekką kurtką. Byłam bardzo urażona, że mąż traktuje mnie z taką obojętnością. Nasz związek już dawno się popsuł, ale starałam się tego nie zauważać. Były dobre dni, kiedy mój mąż mnie wspierał. 

Na zewnątrz padał lekki deszcz. Dwukrotnie żałowałam, że ubrałam się tak lekko...

Zimno było nie tylko na dworze, ale i w środku: nie mogłam powstrzymać łez, przemoczyłam nimi oba rękawy kurtki.

Deszcz zastąpił mokry śnieg. Z każdą minutą czułam się coraz gorzej, ale nie chciałam wracać do domu. Mira szła bardzo ospale, jakby czuła, że ​​coś jest nie tak z jej panią. W pewnym momencie pociągnęła mnie za smycz i zaciągnęła w głąb parku, gdzie zwykle spacerujemy.

Okazało się, że wyczuła psa sąsiada: uwielbiają się razem bawić. Andrzej, właściciel Mike'a, mieszka w tym samym budynku co my. Czasami spotykamy się na wspólnych spacerach, jednak najczęściej rozmawiamy o psach. Tym razem było inaczej.

Nie chciałam narzekać na męża, ale emocje wzięły górę i odpowiedziałam: „Mój mąż jest w domu, odpoczywa. Pies jest mój, więc chodzę. Widziałam, że sąsiad odczuwał, z jaką złością i żalem wypowiedziałam te słowa.

Zaproponował, że mnie zabierze do siebie. W pobliżu wejścia zawahałam się, nie chciałam iść. Potem Andrzej zapytał: „Może chcesz się napić herbaty, ogrzać?” I zgodziłam się... Reszta potoczyła się sama, a ja do teraz uwielbiam pić herbatki z Andrzejem.