Oprócz miłości, romansu i wzajemnego zrozumienia, mój mąż i ja mamy pełną równowagę w sprawach materialnych, oboje pracujemy na wysoko płatnych stanowiskach.

Nawet przed ślubem, a on i ja mieliśmy mieszkania odziedziczone po babciach, po studiach mieliśmy czas na zakup samochodów, krótko mówiąc, nikt nie czuł się ani wyżej, ani niżej.

Powiesz, że w rodzinie bywa różnie, ktoś zarabia, mieszka w mieszkaniu męża czy żony... Tak, ale poczucie bycia nie tylko kochanym, ale i niezależnym jest bardzo drogie. A ja bardzo lubię to uczucie.

Niestety przyszedł moment, kiedy nasza rodzinna sielanka zaczęła się rozpadać. Stało się to po ślubie młodszej siostry mojego męża.

Jest późnym dzieckiem, dorastała rozpieszczona, mąż nigdy nie odmawiał jej pieniędzy na kieszonkowe, a Lidka tak się do tego przyzwyczaiła, że wcale się nie wstydziła, nawet nie prosić, ale żądać od brata pewnych kwot, które rosły wraz z "dzieckiem".

Aleksander, mój mąż, nie jest chciwym człowiekiem, a siostra to wykorzystała. Wie, jak przewrócić oczami, zrobić niezadowoloną minę, powiedzieć, więc cierpię bez nowego telefonu (tabletu, butów, sukienki...), a brat natychmiast otworzył portfel. Nie bardzo mi się to podobało, ale znosiłam to, zwłaszcza że my mieliśmy dość pieniędzy.

Myślałam, że kiedy wyjdzie za mąż, będzie polegać na dochodach męża, a nie brata, ale tak się nie stało. Sumy stały się jeszcze większe, ponieważ dwoje ludzi musiało "utrzymać swoje spodnie".

Nie mogę powiedzieć, że Lidka i Mikołaj byli biedni, wcale nie, oni też pracowali, ale nie trzymali pieniędzy, wydawali je na lewo i prawo, nie zastanawiając się, ile zostało przed pensją.

Jeśli nie starczało (z reguły), pożyczkodawca zawsze im pomagał. Pieniądze były pożyczane jak kredyt, ale rzadko były spłacane.

Kilka razy poruszałam ten temat z Aleksandrem, ale on, zdając sobie sprawę, że siostra i jej mąż są autonomiczną jednostką, rozkładał tylko ręce.

Doskonale pamiętam tamtą sobotę, kiedy Lidka przybiegła z Mikołajem i ze łzami w oczach błagała o zamknięcie kredytu, bo za brak spłaty bank miał zająć ich konta i wycenić mieszkanie na sprzedaż.

Kwota była bardzo przyzwoita, młoda rodzina przysięgała, że spłaci ją w ciągu dwóch lat, więc postanowiliśmy z mężem im pomóc i wypłaciliśmy pieniądze z naszej lokaty oszczędnościowej.

Lidka zamknęła kredyt, kwestia rachunków i mieszkania została zdjęta z porządku dziennego, ale sprawa utknęła w martwym punkcie...

Rok później przypomniałam szwagierce, że są nam winni zwrot pieniędzy, że straciliśmy odsetki, wypłacając je przedwcześnie, ale Lidka tylko odłożyła słuchawkę i poskarżyła się bratu. Aleksander poprosił mnie, żebym się nie wtrącała, i wtedy po raz pierwszy poważnie się pokłóciliśmy.

Czas leczy, starałam się przełknąć i zapomnieć o bezinteresownej dotacji, stopniowo nasze relacje z mężem poprawiały się, ponadto Lidka nie pożyczała już małych kwot, zdając sobie sprawę, że od razu rodzi się kwestia dużego długu.

Pomachałam już na pożegnanie utraconemu depozytowi, ciesząc się, że pozbyliśmy się prawie comiesięcznych zastrzyków dla szwagierki rodziny. Ale za szybko się ucieszyłam!

Tydzień temu znów przyjechała do nas delegacja, tym razem — skład rozszerzony, była i teściowa. I znów rozmawialiśmy o dużej sumie pieniędzy.

U dziecka szwagierki stwierdzono postępującą chorobę nerek, lekarze nalegają na pilną interwencję chirurgiczną, operacja jest bardzo kosztowna, plus kurs rehabilitacji.

Ja wszystko rozumiem, dziecko trzeba ratować, ale dlaczego nasz budżet rodzinny ma ciągle przeżywać takie kataklizmy.

Moja szwagierka nie może zaciągnąć kredytu, po skandalicznej historii ze spłatą trafiła na czarną listę nierzetelnych klientów, a banki po otwarciu bazy danych odmówiły udzielenia kredytu.

Podczas rozmowy ponownie przypomniałam szwagierce, że nie spłaciła naszego długu, a po przypomnieniu wszyscy — teściowa, mąż, szwagierka i jej mąż — zeszli na mnie.

Oskarżyli mnie o bezduszność, o to, że nie chcę ratować dziecka i przykleili mi takie etykietki, że aż strach sobie przypomnieć, jak mnie charakteryzowali moi bliscy.

Prawdopodobnie znowu będę musiała się przemęczyć i pomóc szwagierce, a raczej jej dziecku, ale mam przeczucie, że to nie będzie ostatnie przemęczenie i dlatego pojawiły się myśli o rozwodzie, skoro jestem taka nieczuła i nie rozumiem sytuacji.

Co innego mam zrobić? Rodzina męża, i on sam, zjednoczyli się przeciwko mnie, szwagierka nie rozumie, że trzeba włożyć trochę wysiłku w rozwiązanie problemów jej rodziny, nie ma sensu jej reedukować, więc trzeba się pożegnać....