Mój mały domek przetrwał więcej niż jedno pokolenie, mieszkali w nim moi dziadkowie, potem moi rodzice, a ja się w nim urodziłam.

Zostałam tu z mężem po ślubie. W jego murach urodziła się moja córka. Kiedy wchodzi się do środka, czuje się wyjątkową atmosferę, wszystko tu przypomina moje życie co do milimetra.

Ileż różnych wspomnień kryją te mury!

Od kilku lat mieszkam tu zupełnie sama. Córka wyszła za mąż, mąż odszedł . Bez męskich rąk dom zaczął się stopniowo rozpadać.

Sama nie mogłam nic zrobić, żeby go posprzątać, a nie miałam pieniędzy na wynajęcie ekipy budowlanej.

Mój mąż i ja robiliśmy wszystko w razie potrzeby, ale teraz, przez lata mojej samotności, wszędzie nagromadziło się mnóstwo pracy.

Pewnego dnia przypadkiem spotkałam moją znajomą, która mieszkała po drugiej stronie wioski.

Na początku nie rozpoznałam Reni, promieniała szczęściem, była młodsza, jak mi się wtedy wydawało.

- Terenia, możesz sobie wyobrazić moją radość! Mój syn kupił mi dom niedaleko jego domu! Teraz mieszkam blisko nich w mieście. Chciał, żebym była bliżej, żebym mogła częściej widywać wnuki.

W tamtej chwili z trudem powstrzymywałam łzy. Cieszyłam się jej szczęściem, ale czułam się źle sama ze sobą. Nikt mnie nie potrzebuje.

Z drugiej strony zdałam sobie sprawę, że mojej córki nie stać na kupno mi domu, więc pozostaje mi tylko o tym marzyć.

Kilka dni później Ola zadzwoniła i powiedziała, że ma dla mnie niespodziankę. Przyjedzie po mnie, muszę być gotowa na jej przybycie.

Przywiozła mnie do nowego, świeżo wyremontowanego mieszkania z dwiema sypialniami. Byłam taka szczęśliwa, że mnie przyjmą i będę mieszkać blisko nich.

Nie zapomnieli o mnie! Nie porzucili mnie!

- Oleńko, który pokój będzie mój?

- Mamo, chcieliśmy ci tylko pokazać nasze mieszkanie. Kupiliśmy je na kredyt, planuję dziecko, chcemy mieć dwójkę, dlatego mamy duże mieszkanie. Przepraszam, nie zdawałam sobie sprawy, że pomyślisz, że chcemy cię przygarnąć.

To chyba moja wina, wymyśliłam coś i moje oczekiwania nie zostały spełnione! Nie chciałam, żeby moja córka widziała moje łzy, okłamałam ich, że musiałam iść wcześniej do lekarza, więc musiałam wrócić do domu.

To nie wina dzieci, że chcą zbudować własną rodzinę, a ja, stara, nie pasuję do ich idealnego obrazu życia.

Doskonale rozumiem, że nikt nie jest mi nic winien, głupio się obrażać. Przez kilka dni nie mogłam znaleźć sobie miejsca, chodziłam po swoim starym domu z kąta w kąt i nie mogłam pozbyć się uczucia urazy.

Mimo wszystko jestem naiwna. Po tej wizycie córka do mnie nie zadzwoniła, siedzę przy oknie z moim starym kotem i czekam.