Miałam dobrą rodzinę, w moim małżeństwie urodziła się córka, którą wychowałam. Opłacaliśmy jej szkołę. Potem dzięki znajomościom dostała pracę na dobrym stanowisku.

Potem wyszła za mąż i daliśmy jej nasze mieszkanie. Zaczęliśmy mieszkać w domu na wsi. Wkrótce urodziła bliźniaki. Często ją odwiedzaliśmy, przywożąc jedzenie i robiąc przelewy. Kiedy moje wnuki miały dziesięć lat, mój mąż odszedł z tego świata. Bardzo ciężko przeżyłam stratę męża.

Ale moja córka bardzo mnie wspierała. Zawsze do mnie dzwoniła, pytała co u mnie, jak mija dzień. I tak było każdego dnia.

I tak ciągle czekałam na jej telefon, ale z czasem zaczęła dzwonić coraz rzadziej. Znajdowała milion wymówek: była zajęta pracą, coś było nie tak w domu, miała za dużo do zrobienia. Oczywiście rozumiałam ją...

- Zadzwoniłabyś do mnie od razu, zapytałabyś, czy żyję, a potem zajęłabyś się swoimi problemami — powiedziałam jej.

Próbowała się wykręcić, ale to było to samo, co zawsze. Przychodziła mnie odwiedzać, przynosiła mi nawet zakupy, ale w końcu przestała dzwonić. Naprawdę się tym martwiłam.

Zaczęłam źle sypiać, długo nie mogłam zasnąć. I oczywiście na tle tego wszystkiego stałam się szalenie nerwowa i drażliwa. Pewnego dnia zadzwoniła do mnie i wszystko jej opowiedziałam.

- Pamiętasz mnie? Tak, oddycham, a moje serce wciąż bije! Oczywiście, kiedy ja i twój ojciec przynosiliśmy wam wielkie torby, dzwoniliście codziennie i nie mieliście żadnych problemów. A kiedy przestałam, zapomniałaś o własnej matce!

Później się rozłączyła. Nagle zachorowałam i poszłam do szpitala. Przyszedła do mnie lekarka i powiedziała, żebym dbała o siebie i mniej się martwiła.

Była w tym samym wieku co ja. Nie mogłam się powstrzymać i powiedziałem jej prawdę. Powiedziała mi, że miłość nie jest przeliczana liczbą telefonów...