Postanowił pojechać do swoich rodziców po pracy, aby uniknąć zarażenia dzieci. W końcu dwójka małych chorych dzieci to katastrofa, więc poparłam go w tej decyzji" - mówi 30-letnia Katarzyna.

Starszy syn pary ma 4 lata, a młodszy półtora roku. Nie mają żadnych pomocników. Ponieważ Filipa zawsze nie ma, bo jest w pracy, Kasia zajmuje się głównie dziećmi. Tylko od czasu do czasu przychodzi z pomocą matką, a na teściową w ogóle nie ma co liczyć.

- Mama pomaga tylko w nagłych wypadkach. Ale ja sama nie korzystam z jej dobroci i staram się radzić sobie bez pomocników. Teściowa w ogóle nie interesuje się wnukami, podobnie jak reszta krewnych mojego męża — wzdycha młoda mama.

Teściowa interesuje się tylko synem. Bardzo martwi się o to, by dobrze spał, dobrze się odżywiał i nie chorował. Oczywiście jest zestresowana, że z powodu dwójki małych wnuków Filip nie śpi wystarczająco dużo i jest zmęczony.

Kasia wielokrotnie próbowała wytłumaczyć swojej teściowej, że dzieci nie są tylko jej, a Filip nie przemęcza się w pracy, bo jego praca nie jest zbyt wymagająca. Siedzi w biurze i wypełnia różne papiery. A żona sama w domu z roczniakiem sobie radzi. Czasem nie może nawet umyć twarzy.

- Teściowa za wszystko obwinia dzieci. Widzisz, Filip nie wysypia się przez nie, a pracuje jak diabli, żeby je utrzymać. To nonsens! Mój mąż pracował w tym samym miejscu przed urlopem macierzyńskim, nie pracuje ciężko — mówi Kasia.

Kasia nie narzeka na swojego męża. Nie jest złym człowiekiem. Ma swoje osobliwości, jak każdy. Ma pewne wady, ale ona już się z nimi pogodziła.

- W każdym razie Filip pojechał do rodziców. Oczywiście zadzwoniłam do niego i zapytałam, jak się czuje, chociaż zdawałam sobie sprawę, że teściowa użyła ciężkiej artylerii, aby szybko postawić syna na nogi.

On ma zwykłą ostrą infekcję dróg oddechowych, a ona rozdmuchała to jak dżumę. Gotowała rosołki, kalinkę-malinkę ze wsi przywoziła...

Ja spokojnie zajmowałam się dziećmi, bo nic strasznego nie było. I dlaczego miałabym dzwonić do męża co pół godziny? - wspomina Kasia.

Przy dwójce dzieci Kasia nie ma czasu na telefony. Można oszaleć, ubierając je, karmiąc, myjąc, zabierając na spacer. Zwykłe obowiązki wymagają dużo wysiłku i czasu. No i zaczęły chorować. Widocznie po wszystkim mąż zaraził dzieci jakimś wirusem.

- A ja, oczywiście, też zaczęłam chorować. Ale nie mam czasu się położyć, bo dzieci same się nie nakarmią. A sprzątanie nie będzie zrobione. Skończyły mi się pieluchy, muszę biec do sklepu, a najmłodsze ma gorączkę. Potem dzwoni mąż — mówi z oburzeniem Kasia.

Zaczął mieć do niej pretensje, że nie interesuje się jego zdrowiem i nie dzwoni. Widzisz, on leży z gorączką, a ona ma to gdzieś. Wysłała go do mamy i odpoczywa.

Kasia była oszołomiona takimi twierdzeniami. Nie dość, że zostawił ją samą z przeziębieniem i dwójką chorych dzieci, to jeszcze robił jej z tego powodu wyrzuty.